Ostatnio mocno chodzi mi to po głowie. Odbijam się od strony do strony. Wpadam w pętle sprawdzania powiadomień w apkach. Głodny ,,zwierzęcy” mózg woła o nowości. A one pojawiają się jedna za drugą.

Tak trudno zostawić przed snem telefon poza zasięgiem ręki. Tak mocno trzeba się wysilić, żeby nie złapać go zaraz po przebudzeniu. Skrzynki mailowe pękają od niesamowitych newsletterów. Feedy i storiesy proszą o bycie obejrzanymi. Bo w końcu fajnie wiedzieć co się dzieje u innych.

Z kilku komunikatorów wyciekają wiadomości. Najbliższy mojemu sercu obszar tej całej komunikacji.

Za dużo

Coraz częściej mam wrażenie, że cokolwiek dostaję - to i tak jest w tym natłoku po prostu niemożliwe do przetworzenia. Konsekwentnie zapisuję na are.nie artykuły do przeczytania ,,potem”.

Kątem oka z zachłanną przyjemnością przyswajam zdjęcia znanych i nieznanych osób, chociaż w większości nie mają one dla mnie większego znaczenia.

Przeskakuję z jednego tekstu na drugi. Nic nie wchodzi do głowy w całości. Wszystko defragmentuje się w locie i skleja w wielką chaotyczną kulę. Wśród artykułów są oczywiście również też te opowiadające, jak się zorganizować w piekle pulsujących treści.

Aplikacje do zarządzania aplikacjami. Metody pozwalające skupić się przez 45 minut na jednej czynności. Generatory kawiarnianego szumu. Mądre wskazówki od neurobiolożek i mistrzów ZEN.

Próbuję sobie przypomnieć, jak było w starym internecie?

Chyba spokojniej. Telefon nie był wypełniony aplikacjami walczącymi o każdą sekundę uwagi. Ludzie pisali dłuższe notki na blogach, czytali i komentowali je sobie nawzajem. Bardziej ochoczo linkowali do swoich stron i tekstów, bo nie było trzeba w takim stopniu <trenować> algorytmów czy konkurować o wyświetlenia.

W starym internecie było jakby więcej powietrza i przyjaźni. Rozmów nieograniczonych ilością znaków i nie kształtowanych chęcią nabijania lajków.

Dzisiaj ciągle w tle wybrzmiewa pytanie ,,czy istnieję gdy mnie nie widzisz”?

Gdzie jestem, kiedy nie wrzucam stories, nie pokazuję na zdjęciu co jem i z kim chodzę, nie wdaję się w dyskusje i nie udostępniam treści innych osób?

Jaka jest moja wartość, gdy nie zbieram lajków, nie mam followersów i nie przekuwam każdej swojej aktywności w kapitał symboliczny i algorytmiczny?

Co się stanie, jeśli zrezygnuję ze ścigania się o uwagę robotów i pozwolę sobie odetchnąć?

Co robić?

Ważne pytanie, na które tak trudno udzielić odpowiedzi. Na pewno warto zanotować, czego brakuje w tym natłoku informacji. Zapytać, co się składa na to rosnące ubóstwo uwagi.

Bo skoro ja mierzę się z tym problemem, mimo sporej świadomości projektowej i znajomości narzędzi do blokowania aplikacji itd. - to jak trudno musi być ludziom nie mającym takich technologicznych skilli. Słowo ,,piekło” wydaje się być jak najbardziej adekwatne.

Kilka notatek tbc:

  1. Poszukiwanie i budowanie rozwiązań, w których to prawdziwe, karmiące relację będą osią działania.